
I znowu nastała zima, czas biało-czarnych barw, pokrytych śniegiem pól i stoków narciarskich. Jednak w tym roku pogoda nas dopieszczała oferując ciepłe i słoneczne dni. Śniegu nie można się było doczekać nawet w Alpach, gdzie już od kilku lat organizujemy sobie rozpoczęcie sezonu narciarskiego z pobytem w stacji narciarskiej Marilleva 1400 w Val di Sole.
Mimo, że prognozy pogody pod względem zasobów śnieżnych były kiepskie a otwartych tras w regionie Val di Sole było jak na lekarstwo, zdecydowaliśmy się jechać do Włoch zakładając, że jak nie pojeździmy na nartach, to będziemy zwiedzać góry i raczyć oczy przepięknymi, słonecznymi widokami Dolomitów, wdychając pełną piersią krystaliczne powietrze. W końcu należy nam się odpoczynek ... ważne, żeby się ruszyć bo to dla zdrowia i równowagi psychicznej w dzisiejszym zwariowanym świecie jest najważniejsze.
Tak więc w piątek przejechaliśmy przez Poskę i Czechy robiąc wieczorek zapoznawczy załogi: Basia, Beata, Elżbieta, Monika, Ola, Andrzej, Antoni, Łukasz, Maciek, Paweł, Wojtek i ja Krzysztof w Pensjonacie Stilec, pałaszując ogromne ilości żarełka, a w przerwach degustując wyśmienite czeskie piwo oraz insze trunki. Na drugi dzień, w sobotę, przejechaliśmy Austrię docierając do Włoch gdzie jak zwykle przywitało nas południowe słońce nie wspominając już o przepysznej, włoskiej kawie. Tak więc droga była przyjemna i bez niespodzianek pogodowych, co już na wstępie nastroiło nas bardzo pozytywnie na ten wyjazd.
Narciarsko wyjazd był średnio udany. Rzeczywiście śniegu było tyle, co "kot napłakał". W Marillevie tylko 3 wyciągi były czynne (7.Orso Bruno, 13.Ometto i 21.Sghirlat) na których wozili się wszyscy, tak jak my nieustraszeni narciarze, powodując wielkie zatory na trasach i kolejki przy dolnych stacjach wyciągów. Ale nie narzekaliśmy. Przecież jeszcze były do dyspozycji schroniska, knajpki na stokach, gdzie podawano przepyszne nalewki, bombardina i kawusie.
W związku z małym asortymentem dostępnych tras narciarskich, po wielu latach bytności w Val di Sole, wreszcie zdecydowaliśmy się pojechać na lodowiec w Tonale. Tutaj warunki śnieżne były wspaniałe pod względem ilości śniegu, natomiast trudność stoku Cima Presena w związku ze świeżo spadłym w nocy puchem, była bardzo duża. Do tego wiatr i mgła zwiększały trudność zjazdów tak, że po jednym wypadzie na szczyt zjechaliśmy do Tonale i już do końca dnia jeździliśmy na zboczach Cima Cadi, docierając aż do Passo Dei Contrabbandieri. To był bardzo pracowity dzień, zakończony spotkaniem Andrzeja D. i wspólnym wieczorem w lokalnej pizzerii.
Przy uruchomionych narciarsko stokach Marillevy można na nartach dojechać do Madonna di Campiglio. Niestety, jak już wspominałem, nie było warunków techniczno-meteorologicznych pozwalających otworzyć trasy w kierunku MdC. Nawet armatki i lance śnieżne, tak obficie występujące w Val di Sole, ze względu na wielką suszę, jaka panuje w Europie (od 6 miesięcy nie było opadów deszczu i zbiorniki wodne ledwo wypełnione są wodą), mimo ujemnej temperatury powietrza, nie produkowały sztucznego śniegu powiększając i tak wielkie braki białego puchu. Dlatego pojechaliśmy do Madonna di Campiglio samochodami. Wyżej położone stoki Monte Spinale i Groste pokryte były śniegiem, który spadł miesiąc temu i słońce nie dało mu rady. Tak więc w regionie tym też na dobre zagościli narciarze korzystając z dobroci panującej tu zimy.
I my także najeździliśmy się do syta a na dowód tego nawet udało nam się załapać na zdjęcie w kamerce internetowej - ot, takie szczęście, by w czasie szybkiego przejazdu kamera, która robi jedno zdjęcie na 15 min akurat zrobiła je nam.
Tak więc wyglądała narciarska część wyjazdu. Jak zwykle dni przeleciały szybko i trzeba było zbierać się do domu, do Polski. Włochy żegnały nas cudną, słoneczną pogodą. Na powrót wybraliśmy drogę nietypową; nie jechaliśmy jak zazwyczaj przez Przełęcz Brenner, ale wschodnią drogą przez Mallnitz, gdzie jest kolejowy tunel łączący Karyntię z Salzburgerlandem przejazdem pod grzbietem Wysokich Taurów w Alpach. Z pochylni stacji kolejowej wjechaliśmy samochodem na ciąg wagonów stojących na peronie. Potem należało po tych wagonach, z jednego na drugi, przejechać na początek składu pociągu. Zaparkowany samochód pozostawiliśmy na platformie, a sami udaliśmy się do wagonu osobowego, gdzie w wygodnych fotelach przejechaliśmy w ciemnym tunelu. Po około 13 km takiej podróży znaleźliśmy się w innym świecie, pełnym śniegu i zawieji śnieżnej, otoczeni wysokimi górami. Po wyładowaniu (zjazd po pochylni) samochodów, serpentynami dotarliśmy do autostrady i już bez większych atrakcji dojechaliśmy do Pensjonatu Stilec w Czechach na spotkanie pożegnalne i nocleg.
Następnego dnia czekał nas przejazd do Polski, która powitała nas późnym popołudniem oznajmiając, że zakończył się nasz kolejny, udany i co najważniejsze, bezkontuzyjny! wyjazd na rozpoczęcie sezonu narciarskiego 2011/12.
... na więcej zdjęć zapraszamy do galerii ...